czwartek, 26 lutego 2009
Remember me?
There's a lot of things that have happened since you and I last met. I've been up, and I've been down, but here's the best thing yet: If all good things around us are sent from Heaven above, they've sent me down an angel. I can't help it. I'M IN LOVE! I've got a girl. She's a pretty as a picture. She's the best pal in the world. She's not the kind who'd let you down. She's the sweetest little lollipop in all polish town. She's a dear, she's a darling, she's a little bit of Heaven, she's a diamond, she's a ruby. Oh, I've got a girl! She's a pretty as a picture. She's the best pal in the world. I've had a funny sort of life with lots of ups and downs. I've worn a lot of different sorts of hats (...) I've seen a lot of pretty girls. A lot of plain ones, too. I felt the prick of naughty Cupid's dart. I've known some girls whose kisses could leave you black and blue. And one or two could fairly break your heart, but now I think it's time I settled down and built myself a cozy little nest to share with the sweetest girl in one of polish town. The one that I love best. Oh, I've got a girl. She's a pretty as a picture. She's the best pal in the world. She's not the kind who'd let you down. She's the sweetest little lollipop in all world. She's a dear, she's a darling, she's a little bit of Heaven, she's a diamond, she's a ruby. She's a pearl. Oh, I've got the girl. She's a pretty as a picture. She's the best pal in the world...
sobota, 29 listopada 2008
Ostatnia
W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy; Wiersz Elizabet Bishop, w przekładzie Stanisława Barańczaka Ze specjalną dedykacją dla tych, którzy kiedyś byli moimi przyjaciółmi, a także temu ... co nieuchronne. KONIEC BLOGA. Zaczęłam prowadzić dziennik prywatny.
środa, 12 listopada 2008
Dzisiejszy dzień sponsoruje...
... cyferka 383 i literka N. Cyferka 383 bo taki wynik wyszedł mi w teście na ilość stresu w moim życiu przez ostatni rok. Według niejakiego Holmsa, który wymyślił tę skalę i test prawdopodobnie też, liczba ta jest za wysoka (umiarkowany stres do 300). Ale jak to z tym Holmsem było to Wam nie powiem, bo Wikipedia milczy na ten temat, a mi się nie chce szukać w bardziej ambitnych i wiarygodnych źródłach informacji. Wracając do tematu, od tego stresu bierze się także N jak Nadmiar. Objawy: apatia, niechęć, zniecierpliwie, huśtawka nastrojów, obniżony poziom motywacji, nadmierny spokój przeplatany wybuchami agresji (choć ostatnio jakby mniej tej agresji, więcej spokoju), szary wygląd w lustrze, nadmierna senność i płaczliwość. Piosenka idealna do stanu: Kury - Jesienna deprecha Znowu mam doła, Jak widać wielce tragicznie nie jest, jeżeli drogi czytelniku skapowałeś, że notka ta rządzi się zasadą "nieodpowiednie skreślić". Ale zajebiście też nie jest. A w ogóle to kończę, bo o mały włos nie skasowałam tej notki i prawie zeszłam na zawał.
sobota, 01 listopada 2008
Zamiast notki, która...
... i tak nikomu nic nie mówiła. Bursa. Sylogizm prostacki Za darmo nie dostaniesz nic ładnego ergo a ja wam powiem że bujda widziałem zachód słońca nie znajduję specjalnej różnicy. Nauka chodzeniaTyle miałem trudności Modyfikowany: 2008/11/03 11:44:17
czwartek, 30 października 2008
Po długiej nieobecności...
... niezwykle trudno jest opowieść, zwaną życiem, kontynuować. Początki zatem bywają kulawe i mało obfite w szczegóły, a i ogóły często nie ujmą wszystkiego. W weekend natomiast wybrałam się w góry z M. Było cudownie. Udało nam się przetrwać prawie dwumiesięczną rozłąkę, która wymagała ograniczenia rozmów telefonicznych i zupełnie uniemożliwiała korzystanie z gadu-gadu. W ogóle korzystanie z Internetu. Jedynym uszczerbkiem jaki powstał w wyniku tej rozłąki, był troszkę za duży uszczerbek finansowy na arcykrótkie rozmowy, by chociaż przez chwilę usłyszeć swe głosy. No i oczywiście, choć tutaj trudno mówić o uszczerbku (może więc nadszczerbek?), zrozumiałam jak jest dla mnie ważna. Właśnie Ona, która pojawiła się w moim życiu niecałe 14 miesięcy temu. Cieszę się tym bardziej, że poznała w końcu moją mamę, a ich spotkanie przebiegło bardzo pozytywnie. Zresztą postaram się jeszcze o tym napisać bardziej zczegółowo. Tak tylko, chciałam zasygnalizować, że jestem :)
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Bo już mnie łapie tęsknota...
Wszystko wokół się zmienia, nawet Ty. Nasze wspólne marzenia to My. Małe i duże problemy przeżyjemy, to nic dla nas. Razem wszystko przetrwamy, nawet złe dni. CHCĘ TU ZOSTAĆ I ZAWSZE Z TOBĄ BYĆ NAWET KIEDY BĘDZIE ŹLE. CHCĘ TU ZOSTAĆ BO BEZ CIEBIE TO NIE MAM SIŁY BY DALEJ ŻYĆ. Chcę przy Tobie umierać i rodzić się...
niedziela, 15 czerwca 2008
Zanim zaczniesz czytać wysłuchaj muzyki! Bo najlepiej czytać w stanie odpoczynku!
Istnieje zalezność pomiędzy przygotowaniem studenta przed egzaminem, a stopniem oceny jaki student z owego egzaminu uzyska. Wraz ze wzrostem przygotowań studenta wzrasta także stopień oceny. Mamy więc w tym przypadku do czynienia z koleracją dodatnią. Prawdopodobnie jest to bardzo silna korelacja (nie dysponuję odpowiednimi badaniami naukowymi, a w postawieniu tej hipotezy pomogła mi wieloletnia obserwacja oraz intuicja). Brak badań na ten temat oczywiście wynika z faktu, iż naukowcy żywią jedną z trzech obaw badaczy (które powinny przynajmniej im towarzyszyć w trakcie badań, by były one dokładniejsze, bądź w ogóle sensowne), a mianowicie tą, że zwyczajnie badania takowe byłyby może i nowe, a ich wyniki byłyby pierwszymi wynikami w tej dziedzinie, jednakże nie są one aż tak istotne dla dalszego rozwoju ludzkości. Wracając jednak do hipotezy, to w świetle zasady "wyjątek potwierdza regułę" w wypadku egzaminu z panią profesor K. hipoteza wygląda nieco odmiennie: Istnieje zależność pomiędzy stopniem smakowitości posiłku na stołówce danego dnia, a stopniem oceny jaki otrzyma tego dnia egzaminowany student. Wraz ze wzrostem smakowitości posiłku wzrasta również stopień oceny. Tutaj także mamy do czynienia z korelacją dodatnią, aczkolwiek hipoteza ta jest wyssana zupełnie z palca i nie ma potwierdzenia w żadnych obserwacjach, a tymbardziej badaniach naukowych. Ps. Mam nadzieję, że nikt w trakcie czytania tego tekstu nie poznał w praktyce znaczenia słowa "regresja" w odniesieniu do czytania, bo oznaczałoby to, że stworzyłam niezrozumiały bełkot, wymagający kilkukrotnego powtórzenia. Jeżeli natomiast kogoś rozbolały oczy, to polecam na czas koło 2-10 minut zakryć je ręką.
środa, 28 maja 2008
Działalność tego bloga...
zostanie chwilowo zawieszona. Bo jakoś ostatnio nie mam weny na pisanie notek i zwyczajnie mi się nie chce :) Nie wiem kiedy wrócę - prawdopodobnie przed sesją to wykluczone. Pozdrawiam.
sobota, 24 maja 2008
я напишу коротко:
у меня русский язык в заде, потому что в среду будет экзамен. :( (зто писала случайная.)
czwartek, 22 maja 2008
Ale się wyszalałam wczoraj...
... na osiemnastce siostry. Było dużo ludzi, miłe towarzystwo (w tym wiele moich znajomych) i dużo wzruszeń. Szkoda, że niektórzy, którzy byli zaproszeni nie dotarli :( Mowa tu o naszych wspólnych znajomych z Koszalina, a także mojej cudownej kobietce :) No cóż, nie udało się :) Ale odbijemy sobie to innym razem. Dziś miałam straszne sensacje żołądkowe, co mnie zdziwiło, bo wróciłam do domu w przyzwoitym stanie, nie czułam się bardzo pijana i byłam pewna, że rano wstanę bez większego kaca. Ale mimo to jestem bardzo zadowolona z udanej imprezy :) Moja siostra popłakała się aż ze wzruszenia, bo dostała kilka takich prezentów, które doprowadziły ją do łez szczęścia :) W ogóle byłam bardzo dumna z tego, że mam taką zajebiaszczą siostrę, którą wszyscy lubią i tak kochają :) Dostała cała ogromną torbę prezentów, które razem z prawie-kuzynem transportowaliśmy nad ranem do domu (znaczy on ją w rezultacie końcowym niósł). A sama siostra powróciła jakąś godzinę później, taksówką, eskortowana przez przyjaciółki. Jak ona słodko wyglądała taka pijaniuteńka :) Pierwszy raz aż tak. Ale dobrze :) W końcu teraz już może :)
sobota, 17 maja 2008
Noc Muzeów
Dzisiaj w nocy odbyła się piąta już Krakowska Noc Muzeów. Idea bardzo pozytywna, dla tych, którzy chcieliby co nieco zobaczyć, ale zwykle nie mają czasu, bądź ceny biletów skutecznie ich odstraszają :) Ja skusiłam się tylko na pobyt w czterech miejscach - spać mi się chciało :) I tak odwiedziłam Muzeum Paleobotaniczne, które niestety nie zrobiło na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Same kamienie w gablotkach - ileż można to oglądać? 2 minuty? Kolejny był Ogród Botaniczny, który nocą niestety nie odkrywa swego piękna przed zwiedzającymi :) Tym bardziej, że oświetlone były tylko alejki. Tak, że roślin nie było widać :) Od dłuższego czasu wybieram się tam za dnia, ale ostatnio odłożyłam ten zamiar na przyjazd Marty :) A ten niewiadomo kiedy nastąpi. Potem wybrałam się do Muzem Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, gdzie miałam okazję uczestniczyć w ceremoni parzenia herbaty :) Rozczarowałam się trochę, gdyż w planie był pokaz sztuk walki, niestety 15 minut przed jego rozpoczęciem, został odwołany. Przyznam się szczerze, to był mój pierwszy raz w tamtych murach :) Ciekawy gmach, nowoczesne wnętrza, z akcentami japońskimi. Wystawa grafiki japońskiej i japońskiego uzbrojenia oraz wystawa Friends, na której zaprezentowano prace trzech autorów japońskich. W szczególności podobały mi się prace jednego z nich, które prezentowały barwne obrazy stworzone z jakiegoś materiału - skóry, licho wie czego :) - poszarpane jak gdyby ktoś zrobił w nich dziurę. Niestety nie udało mi się znaleźć żadnego zdjęcia tych prac, bo z chęcią bym się podzieliła tym co widziałam :) Jako ostatni odwiedziłam Barbakan. Też po raz pierwszy w swoim życiu (spędzonym w całości w Krakowie, nie licząc wyjazdów wakacyjnych! sic!). Ciekawa budowla, bardzo mi się spodobała. Żałuję, że nie miałam aparatu, bo fajnie było patrzeć na okolicę z perspektywy licznych otworów łuczniczych :) Zresztą cała budowla, wykonana z ceglanego muru robi przyjemne wrażenie na zwiedzającym. Będąc tam aż żałowałam, że nie jestem jednym z rycerzy, którzy bronią miasta :)
środa, 14 maja 2008
Moim mażeniem
jezd być duzią i rzeby moja kohana dziewczyna ze mnom tu była i mierzkała.
wtorek, 13 maja 2008
Lubię maj...
... bo to pora konwalii. Rzadko kupuję kwiaty a jeszcze radziej tak po prostu, żeby były. Dla siebie. Zwykle kupuje je by powiedzieć komuś przepraszam, kocham, dziękuję. Ale zawsze gdy nadchodzi maj i na straganach z kwiatami pojawiają się te małe, białe dzwoneczki ukryte w wielkich zielonych liściach o najpiękniejszym zapachu na świecie, to nie mogę się powstrzymać. Jest w konwaliach coś magicznego, co dostrzegli już średniowieczni mnisi - nazywając je "drabiną do nieba". Coś łagodnego, niewinnego, a jednocześnie pełnego pokory i nadziei. Ciche, spokojne, nieśmiałe i ulotne, ale za to piękne.
sobota, 10 maja 2008
Przekichane być lesbijką...
I nie wiem nawet, czy przekichane jest być lesbijką teraz, tutaj i w tym czasie, czy było zawsze i nigdy przekichanym być nie przestanie. Ale to nieważne. Choć przecież mogę spokojnie iść ulicą i nikt nawet się nie domyśla, że kocham kobietę. Nie wyglądam nawet na stereotypową lesbijkę, nie mam krótkich włosów, ani tatuaży na czole z wielkim napisem "lesba". Czasem może tęczową bransoletkę na nadgarstku, ale to przecież nie oznacza zawsze "odmiennej orientacji seksualnej". I mogę na gygy ustawiać sobie opisy do mojej ukochanej, bo i tak ten numer ma mało osób, a te które mają, to wiedzą od kilku lat. I wielu moich znajomych wie i akceptuje, a ja nie miałam z tego powodu przykrości. No raz siostra przyjaciółki mnie zwyzywała, ale teraz to już niemalże zapomniane. Dziś mogę jej normalnie opowiadać o M., a ona dobrze wie, że ja po prostu M. kocham i chyba to już zupełnie akceptuje i rozumie. No i jeszcze raz mama w kłótni coś tam powiedziała, ale gdybym nie pisała tej notki, to pewnie nawet bym o tym nie pamiętała. Bo to też już dawno wybaczone i wiadomo, że w złości czasem się powie coś za wiele, czego wcale się nie myśli. Ileż to razy ja powiedziałam coś, czego wcale nie chciałam? Ale nie odbiegając od tematu. Właściwie nie wiem czemu, ale przykrych sytuacji spotkało mnie niewiele z powodu mojej orientacji seksualnej. Żadnej przemocy, ani specjalnych obelg. Kilka nieprzychylnych spojrzeń, gdy szłam za rękę z poprzednią dziewczyną przez rynek. Może to dlatego, że ja po prostu dziele się tym z osobami bliskimi i raczej staram się unikać sytuacji, w których o mojej orientacji seksualnej informowałabym nowo poznane osoby. Wiele osób pewnie dowiaduje się przypadkiem, jak rozmawiam przez telefon i w jednym słowie pada "Kocham cię" i żeńska forma osoba, ale pewnie i tak niewiele osób na to zwraca uwagę. Bo ja nie krzyczę całą sobą, że jestem LESBĄ! Choć czasem mam ochotę. Mam ochotę, gdy widzę wypowiedzi ludzi, którzy nigdy nic nie zrobili by poznać jakiegoś homoseksualistę, a są przekonani, że to jest dewiacja, zboczenie, że można się tym zarazić i że homoseksualista równa się pedofil. Ale nawet nie dlatego, nie lubię czasem być lesbijką. Nie lubię, bo zwyczajnie czasem, to mi odbiera sił do działania. Chce ułożyć sobie życie z moją partnerką, a jednocześnie się boję - co będzie jeśli nam nie wyjdzie? Jeśli w którymś momencie, wszystko co będziemy miały będzie nasze wspólne, a jednocześnie żadnej z nas wyłącznie. I co jeśli wtedy coś takiego się wydarzy, że już nie będziemy chciały być razem, a nie będziemy umiały dojść do porozumienia jak się tym podzielić? Choć to akurat najmniejszy problem, bo nie wiem co miałoby się stać, żebyśmy się aż tak znienawidziły. Nie z M. Jestem przekonana, że nawet gdybyśmy kiedyś chciały się rozstać to napewno zrobiłybyśmy to w przyjaźni. Boję się gdy myślę, że jej mogłoby się coś stać. Że nikt by mnie o tym nie poinformował, bo przecież nikt z jej znajomych nie wie, że ja z nią jestem i jaka ona jest dla mnie ważna. Boję się, co by było gdyby mi się stała krzywda jakaś i ona została sama... I nic by po mnie nie zostało dla niej. No i jeszcze nie lubię tego, że mnie cieszy to, że z nią jestem, że razem spędzamy czas, a ja chciałabym o tym mówić innym, pokazywać im nasze zdjęcia, opowiadać o nas. Ale nie chcę słyszeć miliona pytań, które początkuje pytanie "to Ty jesteś lesbijką?". Nie. Cholera. Nie jestem lesbijką. Nie odgrywam faceta w związku, ani moja dziewczyna za niego nie robi. Ja jestem w tym związku kobietą i ona również. Stuprocentową. A to, że jest ze mną niczego jej na kobiecości nie ujmuje. Myślę, że gdyby przyszło nam razem dzielić codzienne obowiązki to dzieliłybyśmy je po równo, wedle tego, kto co woli robić. I nie było by podziałów na te bardziej męskie i bardziej kobiece. W ogóle nie rozumiem takich podziałów. I JESZCZE RAZ POWTORZĘ: NIE JESTEM LESBIJKĄ! JA TYLKO KOCHAM KOBIETĘ I WOLĘ BYĆ Z KOBIETĄ NIŻ Z FACETEM! Zresztą z facetem to nawet chyba bym nie umiała. Od dzisiaj nią nie jestem! Bo nie chce mi się słuchać tych Waszych pytań, które zadajecie, gdy sobie przypinam tę łatkę. Ani znosić Waszych grymasów, pukania się po czole, litości i innych dziwnych, pogardliwych i przestraszonych gestów. Ani też myśleć co powiecie gdy się dowiecie...
środa, 07 maja 2008
No i stało się...
Dziś moja ukochana kicia została uśpiona. Przez ten tydzień jak mnie nie było bardzo schudła. Chyba nawet ważyła mniej niż dwa kilo. Miała 14 lat. Szczerze mówiąć myślałam, że pożyje jeszcze dużo dłużej. Ale nerki jej zupełnie padły, do tego miała zapalenie płuc. Biedny, mały kot, który był bardzo niezadowolony z tego, że nie może się ruszać, że jest taki słaby. Wczoraj jak się dowiedziałam, że to koniec, to się aż popłakałam. Wzięłam ją do siebie na noc. Zresztą często do mnie przychodziła, każdej nocy prawie. Spała na poduszce, taki malutki precelek i bardzo głośno mruczała, co czasem mi przeszkadzało... A odkąd się zaczęło jej pogarszać już nie mruczała... Przychodziła też jak było mi smutno. A często tak po prostu chciała się przytulić. Wyciągała łapkę, jak siedziaam przy komputerze i czekała, aż ją wezmę na kolana. Kochana, dobra kicia... Będzie mi jej brakowało...
wtorek, 06 maja 2008
Dwie dziurki w nosie...
... i skończyło się. Jestem już w domku, po całej nocy spędzonej w pociągu. Tym razem miałam pecha, bo cały czas przedział był pełny. No cóż - tak to jest jak się jeździ drugą klasą bez kuszetki :) Właściwie to nawet się cieszę, że jestem w Krakowie, bo tutaj przynajmniej wszystko znam. Nie ma to jak własne śmieci :) Nie obyło się oczywiście bez łez - uu... płakałam jeszcze dwie godziny po rozstaniu. Teraz jak opowiadałam o tym mamie to też łezka mi się w oku zakręciła. Ale jak wszystko dobrze pójdzie to za dwa tygodnie znowu będziemy razem. Cudownie było! Dziękuję Skarbie i liczę na to, że już niedługo to powtórzymy, tylko, że w Krakowie :) A zresztą co tam - ja coraz poważniej zaczynam myśleć o przeprowadzce... A teraz spadam na zajęcia... ble. Nauka woła!
piątek, 02 maja 2008
Proszę państwa oto Mysz,...
... Mysz szczęśliwa bardzo dziś :) Od środy siedzę u mojego Skarba na Kaszubach i bardzo mi się tu podoba :) Wczoraj byłyśmy razem na kajakach. To był mój pierwszy raz :D I nauczyłam się wiosłować i nie wywróciłam ani razu kajaka do góry nogami :D Super sprawa. Jak zamieszkamy już razem to ja chcę mieć na Kaszubach domek i kajak własny i będziemy sobie częściej pływać :) Dzisiaj w planach ognisko, ale to jeszcze niepewne :) Jutro impreza :) Po prostu żyć i nie umierać. A najważniejsze to to, że mój Skarb jest obok :) Właśnie zarzuciła focha, bo jej powiedziałam, żeby siedziała cicho, bo piszę notkę :P I poszła na dół. Idę ją przeprosić :) Pozdrawiam z raju :)
niedziela, 27 kwietnia 2008
Pusinky, reż. Karin Babinská
Wczoraj w związku z Festiwalem Kultura dla Tolerancji, wybrałam się na dwa filmy. Właśnie czeskie "Pusinky" i jeden film dokumentalny "Queerowy pomiot". Tutaj jednak napiszę coś o tym pierwszym, bo drugi nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia. Organizatorzy nazwali go pierwszym czeskim filmem lesbijkim, więc spodziewałam się bogatego wątku lesbijskiego i jakiejś mało interesującej akcji (jak to zwykle w filmach lesbijskich jest). W końcu trzy bohaterki wybierają się do Holandii, to za pewne właśnie dlatego, że tam homoseksualiści mają większe prawa... Okazało się jednak, że wątek był bardzo delikatny, a cały film może i nie miał bardzo rozbudowanej fabuły, ale sprawił na mnie dobre wrażenie. Szczególnie dialogi, które doprowadzały mnie do śmiechu kilkanaście razy podczas seansu. Cóż, nie mogę więcej napisać o tym filmie. Byłam przygotowana na coś lekkiego, okazało się, że nie jest to może film bardzo ciężki, ale do łatwych też nie należy. Dlatego z chęcią obejrzałabym go jeszcze raz. No i od dzisiaj zacznę zwracać większą uwagę na filmy czeskie :)
sobota, 26 kwietnia 2008
Gdyby nie fakt, że...
... całkiem nieźle orientuję się w kalendarzu, to pomyślałabym, że wczoraj był piątek. Piatęk TRZYNASTEGO. Takich nieprzyjemnych sytuacji w ciągu jednego dnia, to już dawno nie miałam. Najpierw rozmowa z mamą na temat tego, żeby zostawiła mi pieniądze na kartę MPK, bo mi się w sobotę kończy. Po czym jadę autobusem, dwa przystanki mam jeszcze do kampusu i wsiada kanar. - Bileciki do kontroli! Po chwili, gdy przyłożył czytnik do mojej karty: - Pani karta jest nieważna! No skandal. Paranoja. Byłam pewna, że to był ostatni dzień jej ważności, ale że ważna była. Wypisana kara na 70 złotych, ja cała w płaczu, bo co ja teraz zrobię. Bilety na pociąg do Marty kupione, ale jeszcze będę musiała na miejscu, na autobus kupić. A taki wydatek siedemdziesiąciozłotowy to jednak trochę uszczupli mój budżet przeznaczony na ten cel. Takie rzeczy to tylko mi się przytrafiają. Na 10 przypadków, może dziewięć razy i jest śmiesznie, jak robię notatki na karcie egzaminacyjnej przez przypadek, ale sekretarka bez problemu mi tę kartę wymienia, albo jak zabieram książki, które katalogowałam na zajęciach do domu, też przez przypadek, ale przecież je oddam i nie będzie problemów z tym... Ale jak mam zapłacić za swoje roztargnienie 70 złotych to już tak śmiesznie się nie robi. Po za tym mój kot zachorował. Biedna kicia, ma padaczkę. I nie chce jeść. Drugi raz w ciągu tygodnia była u weterynarza. Dostaje tabletki. Dzisiaj się napiła na szczęście mleka, co mi przynosi nadzieję, że jeszcze nic przesądzonego. I że może to nie jest nowotwór... A taka możliwość niestety istnieje... W Krakowie gdzie nie pójdę ze słupów straszy mnie homoseksualne barbarzyństwo. Brr... Właśnie trwa już pół godziny. I znowu Ci pederaści, Ci dewianci, barbarzyńcy przejdą przez rynek! Skandal no! ;) Hehe... a ja w ramach Festiwalu idę sobie na filmek dziś :) No co, jako barbarzyńca przynajmniej mam dwa filmy w cenie połowy jednego filmu :)
czwartek, 24 kwietnia 2008
Lubiewo, Michał Witkowski
Miesiąc męczyłam się z Lubiewem. Lubiewem, gdzie na każdej stronie aż roiło się od brudnego, gejowskiego seksu. Lubiewem, pełnym starych ciot (nie tylko, ale również) z pomalowanymi paznokciami, wyrażających się o sobie w żeńskiej formie, a będących tylko i wyłącznie starymi, obleśnymi, często grubymi i łysawymi gejami. Przecież to się w głowie nie mieści! Gdzie wizerunek geja ugłaskanego? TAKIE, CO to machnie rączką, powie o sobie jak baba, ale przecież będzie miał markowe ciuchy, 20-30 lat na karku i przegiętym głosem będzie zaklinał się, że szuka stałego partnera? W Lubiewie go ze świecą szukać. Tam jeśli się zjawi, to to będzie gej emancypantka, albo licho jeszcze wie co i najwyraźniej niezbyt sprzyjająca odmiana geja, dla tych starych z brzuszkiem, łysiną. Ale co ja tam wiem – właściwie trudno się w tym pedalstwie połapać. A ten moment, gdy oni go tą lokówką zabili, przez to, że oni mu tą lokówkę... no wiadomo co zrobili... To był koniec. Koniec Lubiewa. To była zupełna paranoja. I gdyby nie fakt, że e-mail z biblioteki, co to przypomina o zwrocie książki, to pewnie by tak sobie nadal leżała książka przeczytana/nie doczytana w połowie (w zależności od orientacji pesymistycznej, lub optymistycznej odpowiednie skreślić). I przeczytałam. I cały dzień o tym myślę i zaczynam się litować nad tymi bohaterami. I dostrzegać w nich ludzi, a nawet ludzi z poczuciem humoru. I te zwroty niemieckie i rosyjskie wplatane w dialogi – ach jakże one urzekały. „W ruku: 20 złotych, w paszczu: 50 złotych, w żopu: 100 złotych.” [1] I to czytanie, tak jakby ktoś obok Ciebie siedział i opowiadał... Takie, że gdyby nie fakt, że książka się skończyła, to zajechałoby się do końca linii autobusowej. A tak to Michaśka Literatka w porę wysiadła, przystanek wcześniej. Wysiadła z autobusu franca, ale w głowie nadal siedzi. O Lubiewie nie da się inaczej pisać. Bo co można powiedzieć o czymś, czego się nienawidzi i uwielbia jednocześnie. Dlatego jak przyjdzie kiedyś taki moment, że Lubiewo zaatakuje Was jak mnie, znienacka i pojawi się na półce w bibliotece, księgarni, czy ktoś Wam je pożyczy, to weźcie je. I nawet jak spalicie po pierwszej stronie (choć pożyczonej i bibliotecznej nie radzę palić), to po prostu spróbujcie.
[1] Michał Witkowski, "Lubiewo". Ha!art: Kraków, 2008.
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Dziś będzie bardzo...
... optymistycznie. Bo zaraz idę na zajęcia, ale zanim tam dotrę wpadnę jeszcze na dworzec by kupić bilety do Mojego Skarba. Za 9 dni o tej porze będzie nas dzieliło kilka kilometrów, a ja będę wiercić się w siedzeniu po kilkunastogodzinnej podróży i ze zniecierpliwieniem wyczekiwać momentu, gdy pociąg zacznie zwalniać. A potem kilka dni raju :) Dzisiaj stwierdzili w radiu, w którym pracowała od miesiąca, że Jej nie chcą. Że jest starszy koleś, z doświadczeniem, który mieszka bliżej. To nic, że pracowała dla nich już miesiąc, zrobiła im kawał dobrego materiału, a oni jej za to nie zamierzają nawet zapłacić... Znalazł się inny facet, a jest jeden etat i kropka. Dziękujemy. Nara. Miło było, ale się skończyło. Życie. Ale oczywiście moja boska osoba wpadła na taki pomysł, że fakt, iż jej nie przyjęli tam wychodzi tylko i wyłącznie na plus. Nie będę narazie wspominać o tym dokładnie, żeby nie zapeszyć. Zresztą wiele szczegółów musimy jeszcze dopracować. W każdym razie jak wszystko dobrze pójdzie to uda nam się zlikwidować największą przeszkodę jaka stoi nad naszym związkiem, czyli okrutną odległość. Trzymać kciuki ludzie! Wszystko się wyjaśni za dwa miesiące... Oby nic się przez ten czas nie wykichało.
sobota, 19 kwietnia 2008
Wczoraj spędziłam miło...
... popołudnie, choć miało być to popołudnie spędzone jeszcze milej, bo z moją cudowną Martusią. Cóż, nie udało się, ale i tak niedługo się spotkamy, tyle, że u Niej. Co prawda przez to wyjątkowo za Nią tęskniłam, tymbardziej, że spotkałam się ze znajomymi i znajomymi tych znajomych czyli dwoma parami les. Nie wiem czemu, ale jak spotykam się z kumpelą i jej facetem, to mi się tak tęskno nie robi, jak widzę dwie dziewczyny, które są razem. :) Trochę króciutko było, bo E. musiała pisać jakiś referat. Ale być może za tydzień się wybierzemy na jakieś filmy, wykłady czy party związane z Festiwalem "Kultura dla Tolerancji". A na razie sobotnie sprzątanie, zakupy i przerwy spędzone z grą Heroes III (następnym razem jak będę to znowu instalować, to proszę mi zabrać płytę - uzależnia, a bez płyty nie pójdzie). Pozdrawiam słonecznie w ten pochmurny dzień. Ps. Anno, przyznaj się gdzie mnie widziałaś z M. bo mi to nie daje spokoju :P Tym bardziej, że mnie o jakieś romanse posądzasz :P
poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Kto by pomyślał, że czytając...
... artykuł na homikach się wzruszę. A stało się to za sprawą Arka Małeckiego, maturzysty, geja i w mojej opinii bardzo dojrzałego człowieka. >> TU <<
W tej notce chciałabym się odnieść do tematu jego wypowiedzi. Ostatnio dużo wydarzeń w moim życiu kręci się wokół tematu Boga. Przez pewien czas uważałam się za ateistkę, potem zaczęła mnie fascynować filozofia buddyjska. W trzeciej klasie liceum przestałam chodzić na lekcje religii. Zresztą nie tylko ja – było nas chyba osiem. Osiem osób, którym nie chodziły, bo były niewierzące, wyznawały inną religię, albo zwyczajnie im się nie chciało. W końcu to ta dodatkowa godzina wolnego, kiedy można zrobić zadanie z matematyki, poplotkować, wyjść na papierosa, a katecheta był zwyczajnie nudny. Nie pomogły nawet namowy naszego głęboko wierzącego wychowawcy. Żadne z nas na religię nie wróciło. Ja nie chodziłam, bo był to okres, kiedy wreszcie określiłam swoją tożsamość seksualną. To był mój bunt. Nie będę chodzić, bo nie. Bo mnie tam nie chcą. A jednocześnie nie miałam jeszcze zbyt wiele odwagi i siły, by polemizować ze stanowiskiem Kościoła w kwestii homoseksualizmu. Lepiej było trzymać się z boku. Moje stanowisko umocniło się w ostatnim dniu szkoły, kiedy wychowawca zrobił nam długą pogawędkę – taką poradę człowieka starszego od nas, przed kolejnym etapem naszego życia. Do dziś pamiętam, jak mówił nam, że alkohol szkodzi, narkotyki są złe, żebyśmy się nie „puszczali”, nie palili papierosów. Miał oczywiście rację. Niepotrzebnie jednak dodał do tej listy homoseksualizm. Co oczywiście nie zaważyło na moim szacunku do niego. Nawet podobało mi się to, gdy zatrzymywał nas na przerwie i mówił coś o Bogu. Starał się przekazać nam swoje doświadczenie. Ale tamto zdanie utwierdziło mnie, w przekonaniu, że nie mam czego szukać w Kościele. I do dziś nie nazywam się katoliczką.
Gdyby religijność była osobą, to moja miała by bardzo barwny życiorys. Od małego byłam katoliczką, bo rodzice mnie ochrzcili, przystąpiłam do komunii świętej, a następnie do bierzmowania. W międzyczasie pojechałam na rekolekcje oazowe. I nie skłamię mówiąc, że podobało mi się tam. Życzliwość ludzi, z jaką tam się spotkałam, nie jest zjawiskiem powszechnym. Gdy wróciłam z rekolekcji nawet mama zauważyła we mnie zmianę. Potem jednak wybrałam obóz harcerski zamiast kolejnych rekolekcji, z czasem też coraz bardziej sobie uświadamiałam to, że podobają mi się kobiety. W mediach zaczynał pojawiać się temat homoseksualizmu, a co za tym idzie także i stanowisko Kościoła w tej kwestii. Po prostu przestałam wierzyć. Ale zdarzały się momenty kiedy chciałam to pogodzić. Ostatnim z nich była śmierć papieża. Człowiek, którego wielu gejów i wiele lesbijek krytykuje za stosunek do homoseksualizmu, dla mnie był wielkim autorytetem. Za siłę wiary jaką posiadał. I myślę, że taką siłę posiadać może każdy człowiek, bez względu na wyznanie. Bo była to wiara w uniwersalne wartości, które istnieją bez względu na to, czy jesteś muzułmaninem, buddystą, katolikiem, czy ateistą. Nawet wybrałam się do księdza, który przygotowywał mnie do bierzmowania. Powiedziałam mu, że jestem lesbijką, ale chciałabym wierzyć, jednak nie potrafię. Był zakłopotany, wysłał mnie do jakiejś katolickiej poradni, do której nigdy nie dotarłam. Poszłam za to do spowiedzi. Kiedy wyznałam księdzu, że pociągają mnie kobiety, że całowałam się z jedną dziewczyną i że nie potrafię nad tym zapanować, to usłyszałam tylko jedno. Że ta koleżanka jest zła. A to, że nie chodzę na msze to bardzo źle. Bo na msze trzeba chodzić po to, by dostać zbawienie. Tak to brzmiało. Dokładnie tak. Zupełnie i ostatecznie mnie to do Kościoła zraziło. Zawsze po spowiedzi czułam ulgę z powodu pozbycia się grzechów. Tym razem jednak moja ulga była wywołana czymś innym – ja po prostu wiedziałam, że już nie chcę być jedną z nich. Katolików.
Przez ten czas jeszcze przerabiałam kilka filozofii. Przeczytałam kilka książek związanych z buddyzmem, nawet nawiązałam kontakt z pewnym buddystą. Po pewnym czasie kontakt jednak się urwał. Gdzieś tam jeszcze był okres, gdy fascynował mnie panteizm. W końcu zostałam agnostykiem.
Jestem osobą, która lubi sobie wszystko racjonalnie wyjaśnić. Dlatego nie potrafię wierzyć nieprzerwanie, że taki egzotyczny byt jak Bóg istnieje. Ale też mam świadomość, że po za tym co widać, co da się wytłumaczyć, jest szereg rzeczy, których tłumaczenie na nic się nie zda. Dlatego też nie mogę powiedzieć, że Boga nie ma.
Jak napisałam na początku mojej wypowiedzi, w trakcie ostatniego roku zdarzyło się wiele rzeczy, które mogłyby być dowodem na to, że Bóg istnieje. Ale mogły też być zwykłym przypadkiem (ten mój racjonalizm). Nawet dziś śnił mi się sen, w którym moja dziewczyna pełniła jakąś ważną funkcję w Kościele. Szła na czele jakiegoś korowodu, który się modlił. Szłam z nią, choć nie robiłam tego by się modlić, a dla niej. Ale jej obecność obok mnie, to, że jej wiara była tak głęboka, doprowadziło mnie do tego, że zaczynałam stopniowo wierzyć.. Potem odbyło się jakieś przyjęcie. Ona złapała mnie za rękę, pocałowała. Przy wszystkich ludziach. A oni na początku się skrzywili, po czym gdy zobaczyli kim ona jest w hierarchii tego Kościoła, jak dobrym jest człowiekiem, stwierdzili, że to nie może być nic złego. Ładny był ten sen.
Zresztą pamiętam jedną z naszych rozmów, gdy leżałyśmy wtulone w siebie i powiedziała mi „Kiedyś przyjdzie taki moment, że bez Boga nie dasz rady”. Jakże to wydało się prawdziwe kilka miesięcy później. Gdy miała problemy zdrowotne i bardzo się o nią martwiłam. Do tego pokłóciłyśmy się straszliwie. Sama nie wiem czemu, weszłam wtedy do kościoła i zaczęłam rozmawiać z Bogiem, nie mając nadal pewności czy On jest. Ale wierzyłam, że skoro Marta w to wierzy i pomodlę się za nią, to może to pomóc. Długo sobie gadałam z Tym u Góry. Rozmowa jak ze starym dobrym kumplem. Wychodząc z kościoła, dostałam trzy smsy od Marty. Że mnie kocha, że nie chce kończyć tego co dopiero się zaczyna. Przypadek?
Wczoraj wybrałam się do parku z przyjaciółką. Zaczepiła nas młodo wyglądająca kobieta, z dzieckiem w rękach i ze starszą kobietą. Spytały czy mogą zająć chwilę. Profilaktycznie spytałam, czy nie są Świadkami Jehowymi. Powiedziały, że nie. Że są katoliczkami, ale właściwie chciały pogadać o czymś podobnym. Mówiły o Bogu. O tym, że ta kobieta ma jedenaścioro dzieci, ze swoim mężem (zdziwiło mnie to, bo dość młodo wyglądała, zresztą tak czy siak miała 36 lat) i że im się powodzi, bo wierzą w Boga. Że On im pomaga. Wysłuchałam co miała do powiedzenia, nie zrażając się od razu do niej. Bo mi nie przeszkadza to, że ktoś wierzy i że próbuje się z tym dzielić (tak dzielić, a nie nakazywać wiary) z drugim człowiekiem.
I tak o to Bóg pojawia się w moim życiu, czy chcę tylko czy nie chcę. A ja dalej uparcie jestem agnostykiem, który czasem ma krótkie zrywy i którego czasem ciągnie do Boga. Wtedy gdy coś złego dzieje się z moimi bliskimi. Modlitwę i rozmowę z nim, tłumaczę sobie jako po prostu siłę myśli. Bo jeśli człowiek czegoś bardzo pragnie, to przecież to może się spełnić. To tak samo jak wtedy, gdy czegoś bardzo się boimy i myślenie o tym strachu, powoduje, że zaczyna się to spełniać. Ostatnio na wykładzie z filozofii omawialiśmy postawę teisty i agnostyka właśnie. Padł zarzut, że agnostyk, to taki ktoś, kto jest wygodny. Nie musi się decydować na żadną z opcji, może zmieniać co chwilę zdanie. To prawda. Bo ja bym chciała prostej odpowiedzi i dowodu na to, że Bóg istnieje. A jak jej nie ma, to nie chcę zabrnąć w ślepą uliczkę przekonań opartych na domysłach. A jednocześnie szukanie prawdy, po za wszelkimi religiami, po za tym co nazywają ludzie Bogiem, losem, fatum, jest niezwykle twórcze. I choć nadal uparcie pozostaję przy moim agnostycyzmie, to nauczyły mnie te wszystkie lata czegoś. Szacunku dla poglądów drugiej osoby, a także tego, że ponad tym wszystkim są pewne wartości, które są uniwersalne dla wszystkich, bez względu na wyznanie, pochodzenie i inne bariery jakie człowiek sobie nakłada, bądź jakie są mu nakładane przez życie, by je uczynić odrobinę prostszym. Dla takich chwil, jak wczoraj...
... uwielbiam żyć. Szłam wczoraj do kumpeli. A że akurat jakiś facet otwierał drzwi kluczem, stwierdziłam, że nie będę dzwonić domofonem. Przepuścił mnie w drzwiach, po czym razem ze mną wsiadł do windy. Nacisnęłam guzik z cyferką 10, zastanawiając się na głos czy nie powinnam nacisnąć innego (zawsze mam problem z zapamiętam piętra w takich blokach). Ja: Chyba jadę na dziesiąte, ale nie jestem pewna.
niedziela, 13 kwietnia 2008
Nie było mnie długo...
... bo jakoś w tygodniu nie mam czasu, ani weny by pisać (uczelnia i takie tam codzienne sprawy pochłaniają mnie bez reszty). Przez ten czas miałam mnóstwo pomysłów na nowe notki, ale za każdym razem jak coś mi przychodziło do głowy, to nie miałam czasu aby chociaż zapisać myśl przewodnią i jakoś tak... ulatywały. Ostatnio udzielam się towarzysko, czego przez pewien czas nie robiłam. Bo zima, bo brak kasy albo czasu... ble ble ble. Ale wraz z wiosną ożyły we mnie nowe chęci :) Dzisiaj totalnie poprawiły mi humor zakupy - nowe buty, bluza, bluzka. Jednak jestem stuprocentową kobietą, którą takie rzeczy cieszą :) Ale nieprzesadnie ;) Potem zaprosiłam siostrę i mamę na obiad do gruzińskiej restauracji. Uwielbiam tam jeść - bo raz pysznie, a dwa solidne porcje :) I tym sposobem udało mi się spędzić sympatyczny weekend wraz z rodziną. To nieprawda, że z nią wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu :) W niedzielę też dobrze razem gdzieś wyjść :) Pozdrawiam wiosennie :) |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Net-znajomi
Znajomi
Skoro Anna ma Tezaurusa, to ja będę mieć Deskryptora.
|